Jako dzieci niejednokrotnie spotykały nas podobne, niebezpieczne sytuacje w wąwozie...Każdy mieszkaniec Jezierzyc wie, jak niebezpieczne to miejsce. Pędzące wozy konne, a później samochody i motocykle często przemykały o centymetry od przechodzących tam osób... a gdy w zimie zjeżdżaliśmy wzdłuż wąwozu na sankach czy butach...robiło się niebezpiecznie, a jednak jakimś cudem udawało nam się uniknąć tego, co spotkało małą Marie Krecklow, mieszkającą kiedyś w Jeseritz, w domu przy moście. Ludzie odeszli, dom nadal stoi w tym samym miejscu...czas płynie spokojnie dalej...
ilustracja Marcin Yperyt Przydatek
Marie -
Błękitny Anioł z wąwozu w Jezierzycach
autor Legendziarz - Mirosław Wacewicz
Jakże piękna była wiosna tego roku. Uśpiona
ziemia budziła się z zimowego snu. Słońce mocniej przygrzewało przeganiając
ostatnie przejawy zimy… Płonia uwolniona z okowów lodu radośnie zaszemrała płynąc w swoją stronę. Cudownie
jest wiosną w Jezierzycach, dolinie otoczonej dwiema puszczami, przez którą
niczym błękitna wstęga przepływa rzeka Płonia.
Ptaki wszelkich gatunków swoje trele śpiewają, obwieszczając
światu czas miłości, radości…
Była sobota,
mieszkańcy niewielkiej wioski położonej nieopodal Szczecina zajęci byli swoimi
codziennymi sprawami. Gospodarze po oporządzeniu inwentarza wygonili bydło na
pastwiska by pasło się pierwszą wiosenną trawą. O poranku słychać było tylko
trel słowika, szczekanie psów i muczenie krów. W Gospodzie pod Lipami krzątano
się w oczekiwaniu na spodziewanych gości. Również gospodarze Młyna nad
Piwniczną Strugą (Kellerbecker Mühle) nie próżnowali. Wiadomo wszak, że
niebawem przyjedzie kolejka, z której wysypią się miastowi ze Szczecina.
Młynarzowa wraz z córkami szykowała wspaniałe wypieki i inne smakowitości. Młynarz
z piwniczki wytoczył już beczki piwa i różne trunki powystawiał. Strudzeni
wędrowcy przyjdą do młyna by ugasić pragnienie i skosztować słynnych potraw
Pani Erny. Z oddali słychać gwizd nadjeżdżającej lokomotywy…
Dzieci swoim
zwyczajem radując się słonecznym dniem, rozbiegły się po okolicy czyniąc rwetes
wielki. Każde dziecko starało się zebrać pierwsze wiosenne kwiatki, kaczeńce
rosnące nad stawem, przylaszczki przyciągające wzrok swoim błękitem. Bukieciki
z tych kwiatków sprzedawali gościom odwiedzającym gospodę i młyn za 5
Pfeningów.
Marie przyglądała się temu wszystkiemu
zza szyby swego domu stojącego w pobliżu mostku nad rzeką. Och jak chciała
pobiec z dziećmi. Chłonęła każdy dźwięk, każdy zapach… Płakała, gdy mama
zakazała jej wyjścia i długo prosiła by choć na podwórku się pobawić. Była
jeszcze zbyt mała, by mogła biegać swawolnie ze starszymi dziećmi. Mama chcąc
pocieszyć swoje maleństwo zabrała ją nad staw gdzie nazbierała dla niej żółtych
kaczeńcy. Pokazała córeczce jak z kwiatków splatać wianek, który nałożyła na
ukochaną główkę. Marie wyglądała jak aniołek, strojna w błękitną sukienkę z
rozpuszczonymi blond włoskami w wianku z żółtych kwiatków na głowie…
Stary woźnica Otto,
którego ludzie wynajmowali do przewozu różnych rzeczy tego dnia wykonał kolejny
kurs z Glinnej. Przewoził meble dla młodego małżeństwa, które właśnie rozpoczynało
nowe życie na swoim w Jezierzycach. Strudzony i spragniony nie odmówił poczęstunku.
Na stole pojawiły się potrawy, butelka, kieliszki… Konie znają drogę i trafią
do domu – pomyślał Otto, spełniając kolejny toast. Mocno chwiał się na nogach,
gdy usiadł na koźle i cmoknął na konie poganiając je lekko batem. Przysypiał,
gdy jakieś zwierzę wyskoczyło na drogę płosząc konie. Na nic zdało się
ściągnięcie lejcami, wóz nabierał prędkości na drodze, która w tym miejscu
lekko opada prowadząc przez wąwóz…
- Jaki piękny ptaszek, pomyślała Marie
wybiegając na drogę przez uchyloną furtkę.
Wszystko odbyło się szybko. Rozpędzone konie ciągnące wóz
wyłoniły się zza zakrętu.
Dziewczynka nie zdążyła nawet krzyknąć… Tylko żółty wianek
wolno opadł na bruk, po którym spływała krew. Ptaszek smutno śpiewał swoją
pieśń…
Rodzice nie mogli
pogodzić się z tą tragedią. Odeszło ich słoneczko, ukochana córeczka.
Jezierzyce i okolica długo trwało w żałobie.
Przetoczyła się
wojna, wymazując wszystko. Po wojnie dawni mieszkańcy zostali wysiedleni.
Zabrali swoje smutki, radości, wspomnienia. Żaden z nowo przybyłych mieszkańców
nie wiedział o smutnej historii, która rozegrała się przed wielu laty przy
wjeździe do wąwozu.
Nowi gospodarze,
przybyli tu z dalekich kresów dawnej Rzeczypospolitej. O ich losie zadecydowali
wielcy tego świata debatując nad mapami i traktatami. Politycy nie dbają o
maluczkich, rozprawiając o granicach tworzą nowe podziały. Rozpoczęła się
„wędrówka ludów”. Stuk, puk, stuk, puk, pociągi mknęły po torach w różne świata
strony uwożąc z sobą smutek, strach, nadzieję, miłość i wiele innych bagaży
zabranych w pośpiechu przez ludzi.
Stacja końcowa –
Szczecin (choć jeszcze wiele napisów nie zdążono zamalować Stettin), - „Dziki
Zachód”, „Ziemia Wyzyskana” ileż to podróżni nasłuchali się w pociągu opowieści o
tym mieście. Każda bardziej przerażająca, trwogę budząca w sercach pionierów,
przeznaczonych do zasiedlenia tych ziem. Werwolf, szabrownicy, te tematy wciąż
wracały w dyskusjach ludzkich, rodząc strach, niepokój. Pociąg dojechał do
stacji końcowej, ludzie zgodnie z przydziałem rozjechali się po okolicy
zajmując przyznane im domostwa.
Tworzył się nowy
rozdział w dziejach niewielkiej wioski leżącej nieopodal Szczecina – Jeseritz,
nazwanej obecnie Jezierzyce.
Pionierzy, choć
pełni trwogi, oswajali nową ziemię. Ludzie wciąż z nostalgią wspominali
porzuconą ojcowiznę, pełni zapału starali się zagospodarować to co dostali.
Mijały lata, umierali najstarsi, a ich miejsce zajmowali nowonarodzeni. Życie
toczyło się własnym torem. Rolnicy zgodnie ze swym zwyczajem, który jest zawsze
zgodny, uprawiali ziemię, siali pola. Ich pracą kierowały tylko Pory Roku.
Henio był żywym
dzieckiem, blondynek z
niebieskimi oczami, wszędzie go było pełno. Ileż to razy w Jezierzycach
słyszano głos zatroskanej matki wołającej swego pierworodnego:
- Henio,
Henio…ooooooo!!! – Wiatr porwał wołanie…
Tak działo się codziennie, wszak świat dzieci rządzi się
własnymi prawami, których dorośli nie są w stanie zrozumieć.
Największe marzenie
dzieciństwa, rowerek, spełniło się pewnego dnia w małym świecie Henia, wówczas
to dziecko poczuło, że świat leży u jego stóp. Wielkie wyprawy, podróże o
których słyszał od dorosłych, teraz sam wyruszy w świat, by go poznać.
Wpierw nieśmiało
Henio jeździł po podwórku. Później była uchylona furtka, która otwierała
granicę. Coraz raźniej chłopczyk zapuszczał się w nieznane tereny. Raźno
przebierał nóżkami na swym rowerku nabierając pędu. Jakże beztroskie jest dzieciństwo…
Zdarzyło się pewnego
razu, że dzieci zakład zrobiły między sobą, jak zawsze w zwyczaju miały gdy
nowego kandydata przyjmowały.
Henio, dziarsko
podjął wyzwanie, gdyż wielokrotnie już podjeżdżał pod górkę wiodącą przez
wąwóz. Znał drogę, nóżki mocno naciskały na pedały, raz za razem. To jest
proste, zdążył pomyśleć, nim wylądował na poboczu.
Wiele się
zdarzyło wówczas, a ludzkie wejrzenie tego nie ogarnie. Jam tylko, jeśli
pozwolicie zdołam wam opowiedzieć:
Henio przebierając
nóżkami ruszył dziarsko od mostu na Płoni. Ach, jak wezbrało odwagą dziecięce
serce, w tej chwili był pewien, że pokona cały świat. Rowerek popychany małymi
nóżkami pokonywał kolejne metry. Już wjeżdżał do wąwozu, tam gdzie pierwsze
domostwo gdy jakaś siła odepchnęła go na pobocze. Dziecko nie zdążyło się
otrząsnąć, gdy z góry drogą przejechał rozpędzony wóz, znerwione konie poniosły
w dal.
Rowerek na
drodze, płaczące dziecko i matka bieżąca do niego.
- Henio, Henio,.. ooooooo – wiatr rwał wołanie.
Kobieta złapała
chłopczyka i przytuliła go mocno.
- Mamo, – odezwał się Henio, wyswobodziwszy się z objęcia,
- spójrz tam, wskazał palcem.
Matka choć wzrok skierowała we wskazanym kierunku nie
ujrzała tego co jej syn.
- Zobacz, - Henio mówił, - to dziewczynka w niebieskiej
sukience w żółtym wianku tam stoi, ona mnie uratowała.
Kobieta choć starała się zobaczyć coś
więcej, nic nie dostrzegła, jedynie błękitny blask, jakiś cień, wszystko
to co później zapomniała.
To zdarzyło się po wojnie. Wówczas ludzie nadal starali się zagospodarować w
nowej rzeczywistości. Jednakże historia toczyła się dalej…
Koniec
lat siedemdziesiątych, gdzieś na ulicy Relaksowej w Jezierzycach będących
obecnie dzielnicą Szczecina trwała w najlepsze prywatka. Młodzi ludzie bawili
się w najlepsze świętując urodziny kolegi. Impreza trwała do białego rana.
Wojtek przebudził się pierwszy, widząc braki w barku zarządził zrzutkę na
wódkę. Znał pewne miejsce w okolicy gdzie o każdej porze można było kupić alkohol.
Na odwagę łyknął jeszcze kielicha i wsiadł do Fiata 126 p, z którego był bardzo
dumny. Silnik zaskoczył i charakterystyczny dźwięk rozszedł się po okolicy. Wóz
wjechał na drogę, minął zakręt skręcając w ulicę Mostową, zmierzając prosto
przez wąwóz w stronę mostu.
Adam, student Politechniki Szczecińskiej wybrał
się właśnie na wędrówkę. Zmierzał w stronę Kołbacza, o którym słyszał wiele
ciekawych historii. Wstał skoro świt, założył mocno zużyte buty i wyszedł z
akademika by zdążyć na pierwszy autobus. Szedł ulicą Topolową w stronę mostku.
Gdy zbliżył się w pobliże wąwozu jakaś siła kazała mu się zatrzymać. We mgle
dostrzegł błękitną postać smutnie spoglądającą w jego stronę. Odruchowo
odskoczył lądując w krzakach. W tym momencie czerwony maluch z piskiem opon
wyłonił się zza zakrętu pędząc w dół. Niewiele brakowało.
Tak to Niebieska
Zjawa z Jezierzyckiego Wąwozu uratowała Adama. Ile jeszcze i kogo uratował ten
duszek nie sposób dziś dociec.
Gdy będziesz
przechodził w pobliżu tego wąwozu i zobaczysz w dali niebieską postać
Uważaj!... Dziewczynka która zginęła tu przed wielu laty czuwa by nikomu więcej
nie stała się krzywda.
Link do historii Marie:
dom Marie Krecklow
Henio z siostrą Elą, Jezierzyce rok 1966