Lipa w okowach
autor Legendziarz - Mirosław Wacewicz
Gdy po długiej
jeździe autobusem linii 79 dojedziesz do najdalszej dzielnicy Szczecina - Jezierzyce, wysiądź na końcowym przy ul. Topolowej.
Niewielka wiata dla podróżnych, przystanek, śmietnik, siatka odgradzająca
prywatną posesję. Spójrz przed siebie, ujrzysz plac zabaw, a przed nim drzewa
które go otaczają, to lipy. Wśród nich jest jedna, która wzrok twój
przyciągnie, stara, potężna, doświadczona przez czas i ludzi. Chodź wypalona w
środku z obciętym wierzchołkiem mocno trzyma się życia wypuszczając świeże
listki na wiosnę. Już nie zaszumi w jej koronie wiatr, przetrząsając liście i
kwiaty w lipcu. Korzenie jednak mocno wczepione są w ziemię chodź jej ciało już
takie kalekie. Kora spękana, jak zmarszczki na skórze, jeszcze stara się pień
ochronić. Podejdź bliżej przywitaj się z drzewem wszak jej na imię dano
Walpurga. Duńska księżniczka, co przed wiekami przybyła na nasze Pomorze by
zostać żoną księcia Bogusława I.
Wieje wiatr
historii, zaciera wspomnienia, listek po listku spadają na ziemię. Nikt nie
pamięta dziejów tej lipy, utrwalonych w legendach. „Lipa w okowach”, tak pierwej ją zwano, gdyż
łańcuchem jej pień opasano. Usiądź wędrowcze w cieniu Staruszki, wsłuchaj się w
szelest listowia. Może historię taką usłyszysz, o pięknej Pani Jezierzyc.
Przed wiekami, gdy
ziemię tę porastały potężne bory, żyła tu córka znamienitego woja. Ojciec jej
zginął w okrutnej wojnie, a i mateńka umarła, ona więc sama została. Łagodnie
rządziła swoim dziedzictwem. Jej uroda i miłe usposobienie, zjednywała serca
wszystkich ludzi, którzy radzi wspomagali ją w trudach. Wspominała rodziców i
ze wszystkich sił starała się sprostać obwiązkom w zarządzaniu swoimi
włościami. Wieści o jej urodzie docierały w najdalsze zakątki. O Jezierzyckiej
Pani dowiedział się czarnoksiężnik, którego posępna wieża wznosiła się wśród
wzgórz porośniętych wielkimi bukami. Pewnego razu przybył do niej w konkury,
prosząc o rękę.
- Jakże cię mogę pojąć za męża? – spytała się panienka –
wszak cię nie kocham.
- Pokochasz mnie pani – zapewnił czarownik – gdy cię
bogactwem otoczę, jakiego nigdy w życiu nie zaznałaś. – Przekonywał mag.
Czarnoksiężnik skinął tylko dłonią. Na ten znak, przed
dziewczyną pojawiły się wielkie skrzynie wypełnione po brzegi klejnotami i
monetami wszelkimi.
Jezierzycka Pani nie zważała jednak na bogactwa, spojrzała
ze wzgardą na maga i wyrzekła:
- Możesz mnie całą obsypać skarbami i dobrem wszelakim,
miłości mej jednak nie kupisz.- Jesteś stary i brzydki, nie tobie więc
przychodzić w konkury.
Na te słowa, mag
zawrzał gniewem. - Nie będziesz moja, nikt inny też cię nie dotknie ! -
cisnął klątwę okrutną.
Wymówił słowa zaklęcia. Czary i mary, magia się stała i wnet
dziewczyna sową się stała. Sowę umieścił na starej lipie, rosnącej przy drodze w
Jezierzycach i przykuł ją łańcuchem.
- Będziesz żyła w tej postaci tak długo, dopóki nie uwolni
cię rycerz, który pokocha cię jaką jesteś teraz.
Wieść o zaczarowanej
białogłowie i jej bogactwach rozeszła się wszędzie. Rycerze przybywali ze
wszystkich stron, by o nią kopie kruszyć.
Każdy jednak na próżno się wysilał. W starciu z
czarnoksiężnikiem nie jeden junak zginął. Z każdej krainy przybywali śmiali
rycerze, marząc o bogactwie czarnoksiężnika, które jako nagrodę wraz z panną
zdobędą. Na nic były ich trudy, wielu mężnych wojów padło pod mieczem maga,
który jako czarny rycerz stawał w szranki.
Z każdym wygranym pojedynkiem, czarnoksiężnik rósł w siłę.
Śmiał się okrutnie, a jego śmiech napełniał całą okolicę trwogą. Sowa siedząca na lipie
marniała coraz bardziej. Łańcuch, przykuwający ją do gałęzi, ciążył okrutnie,
wolność odbierając.
Lata mijały,
zardzewiałe zbroje wymieszane z kośćmi wszystkich śmiałków zalegały okolicę.
Nikt nie był w stanie przemóc mocy maga.
Pewnego dnia, z
dala dał się słyszeć stukot kopyt rumaka, a po chwili wyłonił się jeździec,
który śmiało zmierzał w kierunku lipy, tratując szczątki swoich poprzedników.
Sowa ze smutkiem spojrzała na kolejnego śmiałka.
- Kolejny młodzieniec przybywa po skarby - pomyślała z żalem.
Rycerz podjechał do drzewa i uchyliwszy przyłbicę spojrzał na sowę. Serce zaklętej białogłowy żywiej zabiło, poznała bowiem lico szlachetnego Cieszysława ze Sławociesza, do którego przed laty zapałała gorącym uczuciem.
- Kocham cię pani i klnę się na pamięć twego ojca, że
uwolnię cię z tej niewoli - zakrzyknął junak.
Wtem, rozległ się
śmiech szyderczy i przed rycerzem zjawił się czarownik. Jak do każdej walki,
tak i teraz przybrał postać czarnego rycerza, wielokrotnie przewyższającego
wzrostem swego rywala. Dosiadał potężnego bojowego rumaka.
Cieszysław, nie uląkł się maga, pochylił kopię i kłusem
ruszył na wroga.
- Giń przeklętniku! – zawołał
Zgrzytnęły ostrza kopii o tarczę i skruszyły się
natychmiast. Przeciwnicy wyciągnęli miecze i natarli na siebie. Okolicę
wypełnił szczęk oręża. Echo niosło w dal odgłosy walki. Czarownik raz po raz
ponawiał ataki, które Cieszysław mężnie odpierał. Zacięta walka trwała długo,
przeciwnicy nie dawali sobie pardonu. Czas jednak robił swoje. Zmęczenie coraz
bardziej spowalniało ruchy. Pot zalewał oczy, przysłaniając obraz, konie okryły
się pianą. Cieszysław wyczuł słabość przeciwnika, zebrał mocno nadwątlone siły
i wyprowadził potężny sztych wytrącając miecz z dłoni maga i zwalając go na
ziemię.
Czar prysł, urok
się rozwiał jak dym pod wpływem wiatru. Czarnoksiężnik z wielkiego rycerza
skurczył się do swej zwykłej postaci. Powalony na ziemię czekał już tylko na
ostateczny cios.
Zginął czarownik,
spadła klątwa okrutna z
dziewczyny. Cieszysław posadził białogłowę na koniu i uwiózł do swego zamku. Wkrótce
wyprawiono huczne wesele, na które goście licznie przybyli. I ja też tam byłem,
miód i wino piłem, a co usłyszałem wam opowiedziałem.
autor:
LEGENDZIARZ Mirosław Wacewicz
autor:
LEGENDZIARZ Mirosław Wacewicz
klatki z filmu 1979 r. słaba jakość ale jedne z ostatnich ujęć szerokiej, zielonej lipy
Lipa w okowach... około 1984
05.2010
2015 - 2016
06.2018
08.2020
wszystko potrafimy zniszczyć... a na końcu przyjdzie kolej na nas...