Sankami po drewno do lasu.
Kolejną historię opowiedział
Güntherow jego , który pracował około roku 1917 w okolicach leśniczówki
Grünwald.
W tamtych czasach mieszkańcy Jeseritz
przywozili z lasu drewno na opał - nawet wówczas, gdy było to już zabronione.
Gdy leśniczy złapał kogoś na kradzieży drewna, zabierał mu piłę czy siekierę… Ludzie nie mieli przecież pieniędzy na
zapłacenie ewentualnej kary.
Tak też jeździł do lasu stróż nocny Richard L.
(mieszkał przy Dorfstrasse), który już jako młokos był łapany na kradzieżach i
stawał ze 20 razy przed sądem.
Pewnego razu był z żoną w lesie, by przy
pomocy ręcznego wózka, przywieźć nieco drewna na opał. Wracali właśnie w
kierunku Jeseritz z załadowanym do pełna wózkiem, a ponieważ był on bardzo
ciężki, zrobili sobie małą przerwę. Nie zauważyli nawet, że nieopodal za
drzewem stał leśniczy i ich obserwował. Richard powiedział jeszcze do żony
„matka, to jetst jeszcze cięższe niż wczoraj“. Leśniczy Hartmut wyszedł zza
drzewa i powiedział, że nie chce ich tu nigdy więcej widzieć! Zabrał im piłę, a
Richard musiał zrzucić drewno z wózka.
Po kilku tygodniach, gdy leżał jeszcze śnieg,
wybrali się oni ponownie do lasu po drewno, tym razem poszli z sankami. Nagle
pojawił się leśniczy, gdy szedł w ich kierunku, a nie mieli jeszcze żadnego
drewna na sankach, Richard kazał żonie na nich usiąść.
Gdy leśniczy zbliżył się do nich
głośno przeklinał i krzyczał, że przecież mówił, że nie chce ich tu więcej
widzieć!....! Na to szczwany jak zawsze Richard powiedział do niego: „Mam przecież prawo wybrać się z matką na
spacer po lesie“.
Leśniczego zatkało i pozwolił im
spokojnie odjechać.
W uzupełnieniu powyższego,
Günther opowiadał mi ostatnio, że rzeczywiście przed wojną nie mogli tak sobie
zbierać jagód i grzybów w lesie - wymagało to opłaty u leśniczego (tzw
Sammelschein). Podobnie było ze zbieraniem drzewa na opał - wymagane
pozwolenie. Śmiał się jednak, że jak piłował w lesie drzewo z ojcem, leśniczy
ich pogonił... ale jak sobie poszedł, dalej piłowali bez problemu, każdy tak
sobie "organizował" opał.
Jak powiedział, nikt raczej
takich opłat nie robił, nie słyszał także, by kogokolwiek za zbieranie ukarano.
W zimie choinkę także przynosili ze
"swojego" lasu, więc niewiele się po wojnie zmieniło Pamiętam oczywiście czasy, gdy z wykupioną za
skromną opłatę w nadleśnictwie asygnatą, mogło się spokojnie wędrować do lasu
po piękną choinkę. Choinka nigdy już piękniej nie pachniała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz